czwartek, 4 sierpnia 2016

Rozdział 23 "List miłosny"

Edytowałam :*

Raven

 Pogłaskałam Bellę po głowie i westchnęłam. Jeśli znów uzależnieni się od eliksiru snu, to będzie nieciekawie...
Rozdrażniona blondyna już sama w sobie jest wkurzająca, ale po nałogowy spożywaniu tego dziadostwa? Tatusiu chce do ciebie... Eh, nie zrozumcie mnie źle, kocham ją, jest dla mnie jak siostra, łączy nas razem z Hawk'iem pakt krwi zawarty jeszcze w dzień naszego poznania się. Jednak naprawdę jej sposób bycia przy innych jest denerwujący. Nigdy nie wiadomo było kiedy zmienia twarz, przy rodzicach, służbie, gościach czy wilkach, a nawet tytanach. Nigdy nie mogło się przewidzieć jak będzie się zachowywać lub co powie. Często razem z bratem nazywaliśmy ją Enigmą. Zgarnęłam jej blond grzywkę na bok i przejechałam kciukiem po malutkiej różowej bliźnie przy linii włosów. Sama nie wiem kiedy ją zrobiła.
Zeszłam z łóżka dziewczyny i podeszłam do jej biurka, zgarnęłam długopis i kartkę i nabazgrałam kilka słówek ode mnie. Schowałam eliksiry do skrzynki razem z kartką. Spojrzała jeszcze raz na śpiącą dziewczynę i wyszłam z tej lodówy.
-Raven! -odwróciłam się w stronę Bestii podnosząc brew. Chłopak podrapał się po karku i dał mi kopertę. Kiedy wzięłam ją w dłonie, podszedł do mnie, pocałował mnie w policzek i odszedł do swojego pokoju. 
Okey... Pomińmy to, że uśmiechałam się jak głupia, policzki paliły mnie żywym ogniem, a gdzieś w głębi korytarza słychać było dźwięk pękające żarówki. Dotknęłam dłonią miejsca w którym jego usta dotknęły mojej skóry i przygryzłam wargę. To było coś innego niż do tej pory... Tamte pocałunki były namiętne, pełne pożądania, ale to... Całus był delikatny, jak dotyk skrzydłami motyla.  Westchnęłam i weszłam do swojego pokoju zdejmując szybko koszule i spodnie. Na bieliznę narzuciłam szlafrok i  otworzyłam kopertę, z której wypadła kartka i dwa zdjęcia. Podniosłam pierwsze zdjęcie na którym byłam razem z drużyną, a na drugim, ja i Bestia. Zdjęcie z podróży do Tokio. Wzięłam kartkę, która okazała się być listem.

Do Raven 
 Wiesz, nie zawsze się dobrze dogadywaliśmy, ale zawsze wiedziałem, że coś nas łączyło. Niejednokrotnie starałem się wywołać na twojej twarzy uśmiech i strasznie chciałem być tym, który zobaczy go pierwszy. 
 Jednak zostałem prześcignięty... Bolało jak diabli gdy, widziałem cię szczęśliwą z Melchiorem. Nawet nie wiesz jak żłuje, każdego złego słowa wpadającego z moich ust. 
Nie zdawałem sobie sprawy z siły tego uczucia, zanim nie trafiliśmy na Azarath, a ty miałaś wyjć za mąż za tego kretyna. Wtedy coś we mnie pękło. Zobaczyłem cię w sukni ślubnej  i żałowałem, że to on ma stać przy tobie na ołtarzu. 
 Pamiętam jak dałem ci tego kurczaka, widziałem go u ciebie, nadal go trzymasz. Nie masz się czego wstydzić, to słodkie. Cała, na swój dziwny, pokręcony sposób jesteś słodka, trochę mroczna, ale piękna. 
Proszę cię, wiem, że powinienem powiedzieć ci to twarzą w twarz, jednak nie umiem jeszcze normalnie spojrzeć ci w oczy, po uświadomieniu sobie moich uczyć do ciebie. No bardziej to Bella mi o tym powiedziała... Ale nie zmienia to faktu, że wiem co do ciebie czuję i proszę cię byś odpowiedziała na ten list gdy będziesz ich równie pewna co ja.  
Garfield.

Dotknęłam palcami policzka, po którym spływały łzy. Starłam je opuszkami i złożyłam kartkę na pół kładąc się na łóżku. Zgarnęłam kawałek pościeli i wtuliłam się w nią przecierając oczy. Co jakiś czas z półki spadały książki i różne papiery. Uśmiechnęłam się i patrząc na wielką kurę w rogu szafy zasnęłam. 



  Bella

Wstałam przeciągając się i zdjęłam z oczu opaskę i opatrunek, a z szafki nocnej zgarnęłam lusterko. Obejrzałam dokładnie oczy i ze smutkiem stwierdziłam, iż nie obejdzie się bez okularów przeciwsłonecznych. Przeczesałam włosy palcami i zrzuciłam z siebie narzutę strzelając mocno kośćmi. Ubrałam się i założyłam mój ulubiony kapelusz na głowę. Zbiegłam z piętra mieszkalnego do pokoju wspólnego po drodze mijając ziewającą Gwiazdkę, do której uśmiechnęłam się szeroko. Wpadłam szybko do pokoju wspólnego i usiadłam na krześle przy blacie, naprzeciwko mnie był już Richard, który smażył jajka.
-Skowronek na nogach?- wystawił pięć talerzy z czego szybko zaprzeczyłam i zabrałam z miski jabłko.
-Wychodzę dziś na spacer z Polaris.
Czarnowłosy pokiwał głową i odstawił talerz na miejsce.
-Robisz obiad jakby co, więc wróć przed 14 okey? -przytaknęłam i wgryzłam się w owoc. Zeszłam z krzesła i wyszłam z pokoju, po drodze przebijając piątkę z Cyborgiem. Weszłam do pokoju i od razu rzuciła mi się w oczy wielka, biała wilczyca śpiąca na łóżku. Zabrałam z szafy czarną, grubą smycz i kolczatkę. Podeszłam do łóżka i pogłaskałam zwierzę po łbie jednak ona się nie ruszyła, dalej leżała na wyrku i lekko prychała. Klepnęłam Polaris mocno w tyłek, a ta szybko podniosła się do siadu lekko warcząc. 
-Szkoda dnia na leżenie miśka. Idziemy zwiedzić miasto.
Odsunęłam zasłony z okien i otworzyłam je wpuszczając świeże powietrze. Wilczyca niechętnie zeskoczyła z łóżka i przeciągając się, podeszła do mnie kładąc się pod moimi stopami. Założyłam jej kolczatkę, która momentalnie zmieniła ją w psa. Wyglądała uroczo w mniejszej wersji. Zahaczyłam smycz o kółko i pogłaskałam ją. Szybko wyszłyśmy z wieży i skierowałyśmy się w stronę miasta. Pogoda była piękna ale i tak wolałabym, żeby padał śnieg. Ulice pięknie wyglądałyby w białym puchu, a budynki z oszronionymi szybami. Skierowałam się z Polaris do parku dalej wyobrażając sobie widok śnieżnego krajobrazu. Poprawiłam ciemne okulary na nosie, gdy nagle poczułam jak Polaris mocno mnie ciągnie za rękę. Krzyczałam za tym głupim zwierzakiem ile sił w płucach, a ludzie gapili się na mnie jak na kosmitę. Złapałam mój ulubiony kapelusz przytrzymując go by mi nie spadł i ciągnęłam ją w swoją stronę próbując ją zatrzymać. Kiedy miałam zamiar już puścić smycz poczułam mocne uderzenie, a w następnej sekundzie leżałam na ziemi obskakiwana przez to cholerstwo. Pisnęłam z powodu zderzenia się z ziemią. Spojrzałam na chłopaka który leżał naprzeciw mnie i klną cicho, westchnęłam. Lekko opalona karnacja, brązowe, wpadające delikatnie w szkarłat oczy przykryte gęstymi, czarnymi włosami z czerwonymi, nierównymi pasemkami, albo raczej refleksami. Czarne, sprane rurki z dziurami na kolanach, biała luźna koszulka z logiem bliżej nieokreślonym i skórzana kurtka. Obok mnie skakała Polaris, która lizała mi ręce i nogi. Był to ten sama chłopak co wczoraj w sklepie. Widziałam jak patrzy na moje czerwone kolano, które wylizywała suczka, wstał i podał mi dłoń, którą ja przyjęłam. Jego ręka była ciepła, duża z lekko szorstką skórą i nienaturalnie długimi palcami. Wyglądały jak kończyny pająka.
-Pan straszny gbur -zaśmiałam się i otrzepałam ubranie z kurzu.
-Blond chihuahua. -uśmiechnął się i poklepał moją głowę w kapeluszu. Czułam jak moje policzki się rumienią, oczy rozszerzają i już po chwili odwróciłam się na pięcie i odeszłam, nie chciałam patrzeć na ten jego uśmieszek. Podbiegł do mnie i odwrócił mnie do siebie za ramię.
-Może kawę? Ja stawiam - uśmiechał się do mnie zachęcająco, na co odwróciłam od niego wzrok i skupiłam go na dyszącym psie. Jej spojrzenie wręcz krzyczało "Nie! Nie wolno ci!" Na co tylko prychnęłam cicho i znów spojrzałam na chłopaka.
-Ale -zadarłam lekko głowę, bo z moim 1,70m na płaskich w porównaniu do jego, chyba z 1,90m było wręcz konieczne, i uśmiechnęłam się - wolę lody, shake'a? 
Przytaknął i podniósł smycz z ziemi, o której ja kompletnie zapomniałam, i podał mi ją.
Po około 10 minutach spaceru w miłej atmosferze doszliśmy do małej kawiarni. Usiedliśmy na kanapie, ja trochę dalej od niego, jednak on przewrócił oczami i przybliżył się znowu. Zabrałam ze stolika kartę, a drugą dałam chłopakowi na co cicho podziękował. Podeszła do nas białowłosa dziewczyna z prawie czarnymi oczami. W ręku miała mały notesik o który stukała długopisem. Miała delikatny, bardzo wymuszony uśmiech i lekko rozmazany tusz w zewnętrznym kąciku oka. Jej oczy były jeszcze lekko zaczerwienione i błyszczały się kiedy patrzyła na mnie.
-Dla mnie to co zwykle, a dla chihuahuy... -zajrzał mi przez ramię i zatrzymał wzrok na daniu, przy którym miałam palec- Truskawkowy shake. 
Dziewczyna kiwnęła głową i zakończyła pisanie mocno stukając o notesik. 
-Tak właściwie nadal nie znamy swojego imienia...- podeszła do nas białowłosa po kilku minutach i podała nam nasze zamówienia; kawę i shake'a. 
-Anabell, ale mów mi Bella.
-Ashton, a ta białowłosa przybłęda to Hope. -wskazał na dziewczynę, która nas obsługiwała.
 Rozmawialiśmy jeszcze długi czas. W końcu zobaczyłam, że na zegarze wybiła godzina 12 co znaczyło, że przegadaliśmy ze sobą praktycznie 5 godzin. 
-Musze już wracać. Dzięki za dzisiaj.
Wstałam razem z nim poprawiając bluzkę i wyciągając do niego dłoń jednak on zamiast jej uścisnąć znów położył mi ją na głowie, tym razem tarmosząc mi lekko włosy z uśmieszkiem. Przyciągnął mnie do swojego boku i objął ramieniem.
-Chyba nie myślałaś, że cię nie odprowadzę? -kiwnęłam głową na potwierdzenie i rozważałam ta opcje. Szybko jednak odsunęłam się od niego i zaprzeczyłam. Jeśli mnie odprowadzi pod wierzę zorientuje się, jeśli go gdzieś zaprowadzę, będzie mógł przyjść nieoczekiwanie.
-Ja nie idę do domu, idę do... Mojego brata...On... Ostatnio źle się czół i prosił, bym do niego zaszła. 
Wymyśliłam pierwsze co przyszło mi do głowy, Już odwracałam się z zamiarem odejścia, gdy chłopak znów przysunął mnie do siebie.
-Nie szkodzi. Naprawdę chętnie cię odprowadzę.
Walnęłam się delikatnie w czoło i obejrzałam dookoła. Myśl... Myśl...
"Przykro mi, wiesz jak mój brat reaguje, gdy cię obok mnie widzi. Wolę nie ryzykować, że znowu się pobijecie." Bingo kochana. Oderwałam wzrok od rudej dziewczyny wstającej od stołu i z udawanym zmartwieniem skierowałam swój wzrok na chłopaka.
-Wiesz naprawdę to doceniam ale...- odwróciłam lekko wzrok by być bardziej wiarygodna i zasłoniłam uśmieszek włosami- Mój braciszek jest nadopiekuńczy... Wiesz nie lubi gdy ktoś się obok mnie kreci i...i...
-Rozumiem. Uważaj na siebie. Ja zostanę trochę z Hope. Do zobaczenia.
 Szybko wyszłam z lokalu i skierowałam się w stronę wierzy. Myślałam trochę w drodze do domu o Ashu i Hope... Hope.
Hope, nie miało znaczyć przekazu, a imię. To był podpis...



  -Destiny! Znalazłam coś!- Candy zbiegła po schodach na dół akurat, gdy jej siostra zmieniała tabliczkę w drzwiach na "Otwarte". Niebieskowłosej od razu rzuciły się cienie pod oczami, blada cera oraz lekko przekrwione białka.
-Znów nie spałaś. -stwierdziła krótko dziewczyna i zabrała od siostry kartkę ze zdjęciem z kamer monitoringowych.
-Pracowałam nad tym. Na jednym z forum rozmawiali o tym, co wydarzyło się tu kilka miesięcy temu. Jakiś nastolatek z rozciętymi policzkami zaatakował grupkę nastolatków. -podała jej kolejne dwie kartki z raportem policyjnym. Różowowłosa najprawdopodobniej zhakowała sieć policyjną w poszukiwaniu tych informacji. -Poszperałam w internecie i znalazłam to...- przekazała kolejną kartkę papieru, tym razem był to zwykły rysunek chłopaka.
-Jakieś głupie historyjki nawiedzonych nastolatków. I co w tym takiego ciekawego? -niebieskowłosa nadal przeglądała kartki z informacjami. Co jakiś czas w oczy rzucały jej się zdania "Brutalne morderstwo", "Wycięty uśmiech", "Legenda o krwawym uśmiechu", "Zmasakrowane ciała", "Brakujące jelita porozwieszane na drzewie". Odchrząknęła i poprosiła siostrę ruchem dłoni o kolejną kartkę, jednak ta zanim ją jej podała lekko się zawahała. Destiny wyrwała kartkę z rąk dziewczyny i zaczęła szczegółowo oglądać zdjęcia z miejsca przestępstwa. Ofiara nr.1, Molly miała ranę po nożu na szyi, która widocznie była powiększana. Zamiast cienkiego otworu, w ciele była dziura o promieniu około dwóch centymetrów. Napastnik musiał mieć dużo siły, ponieważ by rana miała taka wielkość, nóż kuchenny do mięsa musiał być wepchnięty, aż po rączkę. Dalej była ofiara nr.2, Dean, poderżnięte gardło, wycięty nos i otworzony brzuch. W środku brakowało jelit, koszulka była całkowicie czerwona, choć wcześniej miała odcień błękitu. Pozostałe trzy ofiary wyglądały dużo gorzej. Poucinane palce, podcięte ścięgna i wycięte napisy na ciele. Ręka blond włosej dziewczyny była w okropnym stanie.Przypominała udziec kurczaka połączone z pałką, które małe dziecko nieudolnie próbowało oderwać. Kończyna trzymała się jedynie na stawie w łokciu, a mięso i skóra odsłaniały kość denatki. 
-I co w związku z tym? -oddała papiery siostrze, nie kupowała jakoś tej historyjki. Wyjęła z kieszeni bluzy paczkę papierosów i odpaliła jednego mocno się zaciągając.
-Zgadnij kto z nim walczył. -zza pleców wyciągnęła kolejne dwie kartki. Tym razem był to materiał z gazety i zdjęcie z wiadomości. Na zdjęciu była postać w granatowym kapturze odwracająca się od obiektywu, a druga, chłopak z na żelowanymi włosami i masce, on wyglądał jakby chciał odepchnąć od siebie reportera.
-Tytani? Tylko ta dwójka? Co z resztą? Zjadł ich potwór z Loch Ness? Bez przesady, chyba w to nie wierzysz?! -rzuciła papierami na kontuar i wyminęła siostrę. -Zajęłabyś się sprawą matki! Zapomniałaś co się jej stało?! Jak umarła na naszych oczach?! -nie panowała nad swoimi emocjami. Candy patrzyła na nią otwartymi w strachu oczami. Od dawna nie straciła nad sobą kontroli. Odrapywanie starych ran związanych z matką sprawiało, że Destiny traciła zimną krew. Candy spuściła głowę i przytaknęła lekko. Wyłamywała palce nie wiedząc jak się zachować więc szepnęła tylko "przepraszam" i wspięła się na górę, kiedy dzwonek ogłosił przyjście klienta, a jej bliźniaczka powitała gościa. 
 Candy rzuciła się na łóżko w swoim pokoju i warknęła w poduszkę wygłuszające dźwięk. Jak zwykle siostra nie brała jej na poważnie. Uważała, że jest jeszcze dzieckiem, chodź sama była od niej starsza o 7 minut. Rzuciła poduszką w pizze o ścianę prawie pozwalając lampę z lawą. Odetchnęła kilka razy głęboko i starła pojedyncze łzy, które wpłynęły z jej oczu. Był dopiero ranek, dziś jej siostra otwierała, po południu ona przejmowała sklep i go zamykała, podczas gdy  niebieskowłosa, zajmowała się papierami. Wieczorami  szukała informacji i wymyśliła nowe bronie które mogły by współgrać z chemikaliami Destiny. 
Ogarnęła pokój szklanym wzrokiem zaczesując włosy do tyłu i chwyciła do ręki laptop oklejony różnymi nalepkami. Było ich tak dużo, że nie było widać nawet loga firmy produkującej go. Uruchomiła przeglądarkę i zaczęła wyszukiwać w niej frazę "legendy". Ciekawiły ją historyjki, portale informacyjne, fora społeczne, a nawet blogi. Jednym słowem; desperacja. 
 Po czterech godzinach szukania znalazła tylko odnotowane wzrosty zniknięć dzieci, dużą ilość samobójstw a nawet brutalnych morderstw. Wszystko w przeciągu roku. Policja nie jest w stanie wytłumaczyć tych przestępstw. 
-Coś tu nie gra...-mruknęła pod nosem dziewczyna sprawdzając jeszcze raz 11 w pasku kartę przeglądarki. Jedno z brutalniejszych morderstw zostało dokonane w bardzo spokojnej dzielnicy obok kościoła. Otworzyła szybko szufladę biurka, mało co nie wywalając jej i z pośród papierów wyciągnęła mapę. Odsunęła laptop dalej na prawie krawędź łóżka i rozłożyła na jego szerokości papier. Na szafce nocnej zawsze miała notes i piórnik, z którego wyciągnęła długopis z Spongebobem i marker o zapachu arbuza. "Może jednak jestem dziecinna..." pomyślała i zaznaczyła dzielnice, w której doszło do starcia tajemniczego czarnowłosego i Tytanów. Potem naniosła na nią lokalizację porwanych dzieci, samobójstw i innych zabójstw. Wszystko wskazywało na to, że sprawcy nie oddalają się od wyznaczonej granicy. Nie łączy ich nic prócz tego zakresu. Długopisem zaznaczyła kółko, które składało wszystkie kropki w okrąg.
-Od Heartwar do Sunsetland jest jest 250 km. Od Heartwar do Hell's Kitchen tyle samo... Za to Heartwar do granic Jump City, tam gdzie dokonano morderstw, było tylko 230 km... 
Candy przetarła oczy i spojrzała jeszcze raz na mapę. Prawie w całym tym obszarze miały miejsca przestępstwa, ale nie na jednej z ulic... Coweelstreet.
-Candy! Twoja zmiana!-usłyszała głos siostry i natychmiast zerwała się z łóżka, po drodze wywalając się o próg i zbiegła na dół. Minęła na schodach Destiny i ustała za kontuarem z uśmiechem. 
 Odkąd była mała, uwielbiała muzykę, jej mama często śpiewała im i grała na gitarze, gdy dziewczynki nie mogły zasnąć. Wtedy zjawiała się ona, wcielenie dobroci serca i układała im na poczekaniu piosenki z 3 przypadkowych słów sióstr. Candy uwielbiała wracać do przeszłości tej miłej, gdy razem z mamą i siostrą chodziły do wesołego miasteczka i zajadały się watą cukrową. Przypominało jej to jak wspaniale było jej i jak bardzo kochała je ich rodzicielka, jednak gdy ona została zamordowana, Destiny unikała jej tematu. Różowa to rozumiała, było jej ciężko się z tym pogodzić, w końcu zostały same w wieku 13 lat. Gdy miały 14 lat, niebieska namówiła ją na lekcje dodatkowe, boks, karate. A nawet strzelnica po szkole. Wtedy, nieświadoma planu siostry Candy zgadzała się na to uważając, że tak chcę się pozbyć przykrych wspomnień. Z resztą, miały tylko siebie w sierocińcu i bała się, że przez jej odmowę, stracą dla siebie czas. Jednak po roku zgłosiła się do przybytku ich daleka "ciocia". Siwa staruszka, dawna znajoma ich matki. Okazało się, że tydzień przed śmiercią odwiedziła ją po raz pierwszy od wielu lat przekazując jej ostatnią wolę. Pieniądze, polisa na życie, oraz mały dom należą do jej córek, za to one, mają trafić do ostatniej bliskiej osoby Violet, Harriet Payn. Tak oto Alex i Sophie zamieniły się w Candy i Destiny Payn. 
-Ej ziemia do ślicznej, mam to sobie wziąć czy mi skasujesz? -zamrugała szybko oczami i spojrzała na rudawego chłopaka o dosyć opalonej skórze i ciepłych brązowych oczach. Uśmiechnęła się lekko rumieniąc i zabrała od niego album, cicho przepraszając.
-Nic nie szkodzi, ale na przyszłość uważaj bo cię okradną. Okey?-chłopak oparł się biodrem o kontuar i uśmiechnął się uwodzicielsko do dziewczyny, która pod wpływem jego spojrzenia, zarumieniła się jeszcze mocniej.
-Tak jasne. Dziękuję. 11 dolarów...-chłopak zapłacił i pochylił się nad ladą w stronę różowowłosej szepcząc jej do ucha "Roy", na co ona przełknęła głośno ślinę i odpowiedziała "Candy". Rudy odsunął się szybko od niej i odszedł od czerwonej kasjerki. Dziewczyna wypuściła ze świstem powietrze z ust.  Candy sama nie wiedziała, w którym momencie wstrzymała oddech. Może było to, gdy niechcący chłopak dotknął jej ręki płacąc, a może, gdy jego ciepły oddech muskał jej ucho szepcząc jej swoje imię. 
Różowowłsa wyjęła z lodówki na kontuarze zimny napój energetyczny i  przyłożyła go sobie do policzka. Mogłaby przysiąc, że usłyszała syk.

2654 słów XD jestem z siebie dumna
 \(*-*)/  Hmmmm dodaje ten rozdział nie edytowany ponieważ mam już sama dość czekania ;-; napisałam jeszcze nawet jeden i serio aż żal mi czekać (;----;) co do tak długiej nieobecności...NIE MAM KOMPUTERA ;-; Tak więc rozdział wygląda tak a nie inaczej... przykro mi za zwłokę mam nadzieję że brak kolorów i pogrubień czcionki nie utrudniło wam czytania... Bardzo przepraszam....nie mam pojęcia kiedy wrócę do domu i kiedy będzie komputer tak więc na razie będę pisać na zapas ^^ 
Kocham was aniołki <3 
Wasza Lily :*

czwartek, 2 czerwca 2016

Rozdział 22 ,,Dwa oblicza bohatera"

Bella

Red Rose
Pociągnęłam dużego łyka shake'a i weszłam do lokalu. Winno czerwone ściany, ciemno brązowe półki z płytami, plakatami i innymi gadżetami związanymi z muzyką. Białe panele rozjaśniały otoczenie, tak samo jak białe spiralne schody.
-Witamy w sklepie Red Rose. W czym mogę pomóc? -zza ladą stał młody chłopak, który bez emocji gapił się w książkę i mówił wyćwiczoną regułkę. Poprawiła torby z ciuchami na ręce i obeszłam półki wzdłuż. Okey ten chłopak nawet nie obejrzał się, gdy zastukałam w perkusje... Podeszłam do lady i przechyliłam kubek z piciem. Nie zrozumcie mnie źle. Jestem dobrą dziewczynką, ale czasem lubię powkurzać ludzi... Zaczęłam siorbać tak głośno jak się tylko dało. Chłopak nareszcie na mnie spojrzał, jego pulsująca na skroni żyła sprawiała, że prawe oko dostało tiku nerwowego.
-Czeeeeść -przestałam siorbać i uśmiechnęłam się zadowolona z siebie do chłopaka, który jęknął.
-Po co to robiłaś? To denerwujące... -zaśmiałam się i podniosłam książkę, którą czytał wcześniej.
"Carrie"? Przeczytałam opis z tyłu i aż dostałam dreszczy.
-Ciekawe... -oddałam mu tomisko i zaczęłam przeglądać naszyjniki na obrotowym wieszaku.
-Justin Bieber jest na samym końcu po lewej. Blondi...-  fuknęłam szepcząc to samo co wcześniej innemu na temat koloru moich włosów i wybrałam nieśmiertelnik z napisem "Bad Wolf".
-Przypominasz raczej chihuahue niżeli wilka...
Fuknęłam jeszcze raz w ogóle się nie przejmując jego słowami znów zaczęłam siorbać picie. Po kilku sekundach nie wytrzymał i znowu jęknął.
-Okey, wygrałaś, przepraszam...- czarnowłosy wyprostował się przez co zauważyłam, że jest jakieś 20 cm większy ode mnie. Położył mi dłoń na głowie i poklepał ją delikatnie, przeczesując włosy. Odwróciłam się na pięcie o 180° i wymaszerowałam z lokalu rzucając ciche " do widzenia"
Gdy tylko znalazłam się na zewnątrz odetchnęłam głęboko i poprawiłam czarny kapelusz. To było nazbyt dziwne...
-Uważaj!
Zostałam porwana w ramiona i odwrócona, przez co spadający samochód wylądował w miejscu w którym stałam, a ja byłam jakieś pół metra od niego. Podniosłam głowę i spojrzałam na gostka w czarnym kostiumie i  czerwonym "X" na twarzy. Znowu poprawiłam kapelusz i kiwnęłam głową w stronę mojego bohatera. Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam jak grupka ludzi rozwalają ulicę. Z banku wydobywał się dym, a w drodze było kilka ogromnych dziur. Rzuciłam przez ramię ciche "dzięki" i wbiegłam w jakąś uliczkę. Wyjęłam z kieszeni komunikator i zadzwoniłam do Dick'a
-Co jest?
-Serio nie wiesz? Bank napadnięto, ulica wygląda jak szwajcarski ser, a mnie mało nie zmiażdżył samochód! Co wy robicie? Wielką orgie z kozami czy jak?! (Za słownictwo przepraszam, ale kocham ten tekst XD )-Przycisnęłam się bardziej do ściany kiedy w zaułek w którym byłam wleciał gruz. Zakasłałam parę razy i odmachałam kurz.
-Grayson nie mogę się przebrać, za dużo tu ludzi, którzy mogli by mnie zobaczyć...
-Wiem namierzyłem cię. Raven zaraz tam będzie, na nas musisz poczekać, dosyć daleko poszłaś... -kiwnęła na potwierdzenie głową i zamknęłam urządzenie. Obok pojawiła się Raven, która wytworzyła wokół mnie czarną ścianę. Szybko się przebrałam i pociągnęłam przyjaciółkę za nadgarstek wybierając z kryjówki.
-Hive Five -mruknęła fioletowowłosa -Brakuje Mamuta i Bill'a... Zajmij się nimi, skontaktuje się z Bestią, a potem ja biorę Jinx.
Kiwnęłam głową i cisnęłam wiązką mrozu w dzieciaka na robo nóżkach. Promień trafił w jedną, a potem w drugą kończynę. Pobiegłam do dzieciaka i z łokcia trafiłam w jedno zamrożenie, a potem drugie. Lód skruszył się, a chłopak zaczął spadać. Odskoczyłam od miejsca gdzie miała rozbić się maszyna i i szybko zaatakowałam gostka w pelerynie z barku.
Chłopak złapał się za ramię i syknął w moją stronę. Zarzucił peleryną i zniknął. Raven walczyła na magię z Jinx. Mały chłopak leżał pod mechanicznymi częściami i krzyczał coś niezrozumiałego. -Chłopaki zajmują się resztą kilka ulic dalej, musimy radzić sobie same!- krzyknęła Raven unikając ciosów Jinx. Jak wywnioskowałam z myśli małego chłopaka, on sam nazywał się Gizmo, a chłopak o mocnym murze psychicznym to Kyd Wykkyd. Obejrzałem się dokładnie dookoła, murzasty gdzieś zniknął, a Jinx zaczepiała Raven, przez co co chwilę jej oczy błyszczały szkarłatem. Poczułam mocne kopnięcie w plecy. Lewa łopatka zabolała mnie jak cholera, a w płucach na chwilę zabrakło mi powietrza. Kaszlnęłam i złapałam oddech. Oczy zaszkliły mi się, a policzki rozgrzały. Wkurzona walnęłam z pięści w mostek i  odwróciłam się w stronę czerwonookiego. Między palcami wytworzyłam małe gwiazdki, a drugą wyciągnęłam z kieszonki kulki gazowe. Szybko rzuciłam w mrocznego gwiazdkami, których on zgrabnie uniknął, a potem kulkami, które roztrzaskały się o ziemię i wypuściły srebrny, iskrzący się gaz. Założyłam bandamkę i zamknęłam oczy. Gaz w kontakcie z oczami wywoływał łzawienie i zapalenie spojówek, a w zapachu przypominał skarpetki Bestii po treningu... Niezbyt miło... Chłopak delikatnie i prawie bezszelestnie stąpał po ziemi, jednak jego peleryna szeleściła cicho z każdym krokiem.
Nic nie słyszałam...
Nic, a nic... Nie jest głupi...
Czyli odczepił ją.
Zostałam odrzucona do tyłu. Warknęłam i złapałam za medalion cicho odmawiając regułkę. Kiedy chłopak zbliżał się do mnie, z medalionu w strudze białego światła wyskoczyła Polaris wgryzając się w jego tors. Szarpnęła za materiał rozgrywając go, a przy tym i kawałek skóry Kyd'a. Oczy piekły mnie niemiłosiernie, łzawiły i swędziały.
Dlaczego zawsze obrywam?!
Wilczyca ugryzła go w ramię, słychać było po tym charakterystyczny dźwięk łamanej kości i krzyk chłopaka, potem złapała za jego mogę i machając nią na wszystkie strony jak małym zającem, rozerwała powstałe w skutek ugryzienia rany. Krew skapywała po jej białym pysku, a oczy były zamglone. Dym w końcu opadł, a ja zdjęłam bandamkę z nosa i ust, gwiżdżąc. Wilczyca puściła ciało Wykkyd'a i otrzepała się rozrzucając wszędzie krew, której drobną część skapnęła na mnie. Ledwo wstałam z tyłka podtrzymując się o wilku. Moje plecy już wcześniej były w niezbyt dobrym stanie, jednak teraz, błagałam w myślach wszystkie bóstwa kosmosu o ratunek.
-Yuki! -podtrzymując się jedną ręką o szyję wilczycy, a drugą moją lewą stronę zaśmiałam się. Raven rzuciła mi się w ramiona głaszcząc delikatnie moje włosy, które iskrzyły się od drobinek gazu i spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem.
-Gaz oślepiające na Kyd'a?! Ogłupiałaś?! On ma zasłonięte oczy i nos! -pacnęła mnie w ramię i pogłaskała Polaris po łbie. Sama wilczyca ugięła się tak bym mogła na nią wsiąść. Szybko to zrobiłam wtulając się w miękką, pachnącą miętą sierść zwierzęcia. Zapach mięty zawsze był w mojej rodzinie zapachem ulgi, zdrowia i bezpieczeństwa. Szczególnie w tej roślinie lubował się mój brat, który niezbyt miło pożegnał się ze światem. Mimo, że nie dogadywaliśmy się niekiedy szczególnie dobrze, to jednak znałam Christiana Neve jak własną kieszeń. Spędziłam z tym matołkiem dobre 13 lat i zdążyłam się sporo o nim dowiedzieć w tym czasie, mimo, że tylko z obserwacji. Teraz ten idiota, gdyby żył miałby jakieś 21 lat. Łzy spływały mi ciurkiem po policzkach zmieszane z ropą, która nie przestawała wypływać z oczu. Pognałam wilka lekkim uderzeniem kostki w bok i złapałam się mocniej, gdy ta zaczęła biec. Zgrabnie wskoczyła na jeden z dachów i dalej kierowała się nimi w stronę wierzy. Wolałam szybko dotrzeć do bazy i nie wnikać w rozmowy z innymi. Musiałam szybko przemyć oko i nałożyć na nie odpowiednie medykamenty i opatrunek. Komunikator kilkakrotnie wibrował i piszczał w mojej sakiewce przy pasie, ale starałam się to ignorować i dalej popędzać Polaris. Zwierzę dyszało już ciężko, ale dotrwała do małej, ciągnącej się od brzegu do wyspy na której była wieżą, dogi. Wpatrywałam się w taflę wody w której delikatnie odbijał się zachód słońca. Ziewnęłam przeciągle i bardziej wtuliłam się w miękkie, białe futro wciągając zapach mięty. Strażniczka zatrzymała się przy budynku i położyła się tak bym mogła zejść. Zwlokłam się ze zwierzęcia i odprawiłam ją do medalionu, w którym po chwili pokazał się wizerunek wilka wyjącego do księżyca. Wpisałam kod, zrobiłam skan linii papilarnych, jeszcze w miarę zdrowej siatkówki i próbki głosu. Drzwi otworzyły się i weszłam do windy.
-Które piętro? -rozbrzmiał delikatny kobiecy głos. Mruknęła numer piętra z pokojami na tyle wyraźnie by komputer mnie zrozumiał i zamknęłam zmęczone oczy. Szybko wyszłam z windy po jej zatrzymaniu się i weszłam do swojego pokoju. Złapałam z biurka lusterko i spojrzała na oczy krytycznie. Całe policzki płynęły w łzach, rzęsy i kąciki oczu pozaklejane były w zastygającej już ropie, a białka były mocno przekrwione. Gdzie nie gdzie błyszczały w kącikach małe srebrne kryształki, tak samo jak na rzęsach i brwiach. Z szuflady wyciągnęłam sporą drewnianą skrzynię i otworzyłam ją. Wyciągnęłam z niej białą, wyszywaną zdobienie nicią chusteczkę i kilka fiolek z kolorowymi płynami. Jedna czerwona, czyli środek oczyszczający robiony ze śliny leśnych nimf, drugą złotawą", znieczulenie robione z kwasu kwiatu fliory i dwie inne. Jedna była jasno różowa, delikatnie przebłyskująca fioletem o działaniu przeciwzapalnym, a druga biała, gęsta jak syrop, która miała za zadanie wyciągnąć ropę. Zapadał już powoli zmrok. Więc z westchnieniem wyciągnęła jasnoniebieski lekko bulgocący płyn. Nie był podpisany, tak jak reszta fiolek z tym płynem. Bo po co? Tylko jeden eliksir miał tak czystą, błękitną, lodową barwę. Spod biurka wyciągnęłam butelkę białego wina i wlałam go trochę do kieliszka, dodałam do niego dwie łyżeczki płynu i zamieszałam. Opatrzyłam oczy i kładąc się do łóżka zawinęłam oczy w bandaż i założyłam opaskę na oczy. Położyłam się na puszku i przyjemne zimno przeszło wzdłuż mojego ciała. Duszkiem wypiłam kieliszek z winem i szybko zasnęłam.


-Slade! Jak on mógł?!
Białowłosa chodziła po pokoju w kółko i w kółko wyzywając Wilsona od najgorszych. Red bez żadnego zainteresowania kończył czytać książkę na jej łóżku co chwilę spoglądając na nią znad tomiska by po naśmiewać się z jej zachowania. Dla niego było wręcz oczywistym, że ich Mistrz tak postąpi. Hope była za bardzo pewna swego, a teraz przyszło jej płacić tego cenę. Dopiero po załatwieniu ostatniego celu z listy, około trzy godziny później zauważyła, że imiona denatów układają się w jej pseudonim. Ash widział w tym swojego rodzaju plusy. Jeśli dowiedzą się o niej zdobędzie sławę, szacunek, będzie bardzo wpływowa osobą, nawet bardziej niż Anioł Stróż Chris z jedenastej dzielnicy. Facet był szanowanym informatorem w całym Jump City. Sam wiedział wszystko o wszystkim i wszystkich, ale on sam był wielką za
gadką. Policja sama korzystała czasem z jego usług za porządną cenę. Wszyscy wiedzieli, że dla Chrisa Angel'sa liczy się tylko kasa, a szacunek dla klientów miał głęboko i szeroko gdzieś. Swego czasu Red korzystał z jego usług nie jeden raz i prawdą jest, że jego oczy były zimne jak stal. Przeszywały cię, całą twoją duszę na wskroś. Patrząc w nie, czułeś jak mrozi ci się krew w żyłach, ręce pociły się od ciężkości spojrzenia, a serce waliło basem gotowe do ucieczki. Sam białowłosy nie wyglądał na silnego, ale jego chłodna postawa, bijącą od niego agresja sprawiała, że wydawał się na o wiele, wiele bardziej potężnego.
Chłopak znów spojrzał na dziewczynę. Wyrywała sobie włosy z głowy, warczała i tupała nogą.
-Zegar. -mruknął znad książki i wskazał zdezorientowanej dziewczynie urządzenie. Wskazywał już siódmą, co białowłosa skwitował cichym jękiem. Wyciągnęła z szafy ubrania i popędził do łazienki. W ekspresowym tempie wzięła prysznic i po niespełna dwudziestu minutach wybiegła z łazienki przebrana i umalowana. Związała włosy w koka, zgarnęła torebkę z łóżka i wybiegła z domu, łapiąc szybko taksówkę. Przez cały czas nie myślała o niczym innym, niż sprawie z jej imieniem.
 Weszła do małej kawiarenki, a mały dzwoneczek poinformował o jej przyjściu. biało czarne kafelki, zielona kanapa na środku, przed nią stolik do kawy, na której był wazon z kwiatkami. Po bokach poustawiane były średniej wielkości, czarne stoły, a przy nich krzesła, a na ścianach wisiały czarno białe zdjęcia z ślubów, urodzin i spotka rodzinnych. Ściany pomalowane na jasno zielony i biały kolor co dodawało spokoju lokalowi. Podeszła do lady i z wieszaka zdjęła czarny fartuszek, który przewiązała w pasie.

-Znów spóźniona...-mruknęła czarnowłosa dziewczyna naliczając na kasie. Włosy miała związane w luźnego warkocza, a zielone, lekko brązowe oczy jeździły z cyferki do cyferki na klawiaturze. Pełne, wiśniowe usta układały się w lekkim grymasie.
-Wiem, wiem -machnęła dłonią i zabrała z pod lady ścierkę by wytrzeć stoły. Mlle Mensonge była surową kobietą o żelaznych zasadach. Pochodziła z Francji, a dokładniej z Lyon'u. Przeprowadziła się do Jump City niedawno, a już zdarzyła otworzyć własna kawiarenkę, o której tak marzyła. Często pokazywała swoim pracownicom zdjęcia z jej miasta, które kiedyś robiła i opowiadała o ich historii. Najczęściej były to historie o moście Bonapartego, czy katedrze Jana Chrzciciela. Dziewczyny słuchały jej zawsze uważnie, co bardzo podobało się Mensonge.
 Hope odwróciła się do ciemnej blondynki z dość ciemną opalenizną i wyraźnym makijażem. Po lewej stronie jej głowy, był mały kucyk związany gumka z kuleczkami. Ubrana w zwiewną biała sukienkę, machała z uroczym uśmiechem w stronę białowłosej. Sylvia była młodą studentką, która uśmiechała się do każdego kogo spotka. Parę stolików dalej była Kanra, dwudziestopięcioletnia Azjatka o bardzo uroczej twarzy. Jasno brązowe włosy z grubą, prostą grzywką, ciemne oczy i jasne, delikatnie malinowe usta. Dziewczyna od pierwszego dnia w tym miejscu wiedziała, że tu nie pasuje. Dziewczyny były słodkie, pełne wdzięku i dziewczęcego uroku, którego brakowało Hope. Ona trzymała się z boku, jeśli już się uśmiechnęła, to delikatnie, sztucznie, tak by stwarzać pozory normalnej. Sylvia i Kanra świetnie się dogadywały, ale ona, nie umiała nawet czasem udawać że czuje się dobrze w ich towarzystwie. Białowłosa była spokojna, cicha, unikała kontaktów z ludźmi, a przez swoją inteligencję często odstraszała swoja postawą innych.

Red X



Zaśmiałem się wyglądając z okna pokoju dziewczyny. Znów spóźni się do pracy, a trudno było pogodzić życie prywatne i te przestępcze. Hope musiała stwarzać pozory grzecznej, ułożonej mieszkanki Jump City. Właśnie dlatego pracowała w miejscu, którego szczerze nienawidziła i uśmiechała się do ludzi, którzy są na jej liście do zabicia. Zamknąłem okno i wróciłem do czytania książki, moja zmiana zaczyna się o czternastej, więc miałem czas. Mimo tego, że wyglądaliśmy jak, dość dziwna, para, to nic nas nie łączyło. Hope miała jasne podejście do mężczyzn, unikać ich jak ognia, natomiast ja, ja nie zawracałem sobie nimi głowy. Nie byłem gejem, co to to nie, lubiłem popatrzeć sobie przelotnie na kobiece miejsca na ulicy, lub obejrzeć, jakiś ciekawy filmik, ale związki nie były dla mnie. Nie lubiłem kłamać najbliższym, a mając dziewczynę, właśnie to musiałbym robić. Kłamać, kłamać i kłamać. Zapewne w niedalekiej przyszłości musiałbym wybierać, miłość lub zawód.
Czasem lubiłem wyobrażać sobie, że koło mnie ktoś stoi, że w mojej egzystencji ludzkiej, ktoś mi towarzyszy. Nieraz była to niska szatynka z szlachetnymi, zielonymi oczami, które na myśl przynoszą królewskie szmaragdy. Innym razem była to wysoka, ciemna blondynka z uroczym śmiechem, opaloną skórą i ciepłymi brązowymi oczami jak mleczna czekolada, która głaskała mnie po głowie i skupiała całą moją uwagę na sobie.
Jęknąłem rozdrażniony, odłożyłem książkę na szafkę nocną i przetarłem oczy dłońmi. Cały dobry humor prysł, jak bańka mydlana po kontakcie z kaktusem. Wstałem z łóżka, z krzesła zgarnąłem swoją kurtkę i zabierając z szafki na buty zapasowe klucze, wyszedłem z domu zamykając za sobą drzwi. Musiałem się przejść, odpocząć i pomyśleć, a najlepiej mi się to robi w parku, na świeżym powietrzu. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki paczkę papierosów i włożyłem jednego do ust. Popatrzyłam na staw przy którego brzegu szedłem. Na tafli wody pływały łabędzie i kaczki. Wyciągnąłem zapalniczkę i zacząłem podpalać końcówkę papierosa zaciągając się.
 Usłyszałem kobiecy pisk i nagły ból tyłka z powodu zderzenia się z ziemią. Spojrzałem na winowajczynie i aż się zaśmiałem. Długie, jasne jak śnieg nogi okryte w ciemne szorty, krótki tułów z kobiecymi kształtami. Na nosie miała ciemne okulary, które zasłaniały całe oczy, a na długich, blond włosach kapelusz. Obok niej skakał duży, biały pies, który lizał jej ręce i nogi. Była to ta sama dziewczyna co wczoraj w sklepie. Spojrzałem na jej czerwone kolano, które wylizywał pies, wstałem i podałem jej dłoń, którą ona przyjęła. Jej ręka była zimna jak u trupa, miała chude palce i gładką skórę.
-Pan straszny gbur -zaśmiała się uroczo i otrzepała ubranie z kurzu.
-Blond chihuahua. -uśmiechnąłem się i poklepałem jej głowę w kapeluszu. Zobaczyłem tylko jak jej policzki się rumienią, oczy rozszerzają i już po chwili odwróciła się na pięcie i odeszła nawet nie biorąc do ręki smyczy, która ciągnęła się za psem. Pobiegłem do niej i odwróciłem ją do siebie za ramię.
-Może kawę? Ja stawiam -uśmiechnąłem się do blondynki, która spojrzała na psa. Westchnęła i pokiwała głową.
-Ale -zadarła lekko głowę i uśmiechnęła się - wolę lody, shake'a? Zgodziłem się i podniosłem smycz z ziemi podając ją dziewczynie.

Więęęęc... rozdział miał być już we wtorek, aleeeee~ byłam tak leniwa że serio nie dałam rady obrobić tego gniotu ;-; Gomenasai ;-; lenistwo wygrało, ale następny rozdział został już zaczęty :)Tak trochę (bardzo -.-) bez BBxRAV ;-; ale scenki cute będą w następnym rozdziale ;)

Miłego dnia śnieżynki :* 
Lily♥


sobota, 14 maja 2016

Rozdział 21 ,,Zmarli są bliżej nas, niż to sobie wyobrażamy"

Bestia


-Przykro mi...- wyszeptała blondynka przykładając mi dłonie do pleców. Były zimne jak lód i idealnie chłodziły moje obolałe plecy.

-Nic ci jeszcze nie powiedziałem. Skąd wiesz co mi się stało?- lekko syknąłem gdy za mocno nacisnęła na stłuczoną łopatkę.
-Mówiłam już... Słyszę ludzkie myśli, mam wgląd do ich umysłu, wspomnień. Znaczy nie wszystkich. Są wyjątki. Istoty z naturalną barierą. Jest ich niewielu, ale są...
- Przykro mi.
-Za co?- zaczęłam mi owijać bandaż wokół klatki piersiowej chichocząc cicho pod nosem.
-Musisz to znosić cały czas... Jest ciężko?
-Czasami... Jednak niektóre myśli są piękne. -usiadła przede mną na podłodze owijając ramiona wokół kolan. -Kiedy patrzę na parę trzymającą się za dłonie, którzy spacerują po parku wpatrzeni w swoje oczy, słyszę ich myśli o swojej drugiej połówce, deklaracje miłości, które zostaną wypowiedziane w najważniejszym dniu i wspomnienia jak się poznali. Widzę jak wyobrażają sobie ich wspólne życie. To jest piękne. -wpatrywała się rozmarzona w podłogę gdzieś koło moich stóp.
-Chciałabyś tak? -Oderwała wzrok z przestrzeni i przeniosła go na mnie podnosząc brew do góry.
-Ale co? -wywróciłem oczami i ześlizgnąłem z łóżka, by usiąść przed nią.
-Takie życie. Chłopak, miłość, ślub, miłość, dom, miłość, rodzina, miłość...
-Okey... Czemu co drugi wyraz to "miłość"? -zaśmiała się, a po niej i ja.
-To mała aluzja do tego, jak się ją "okazuje"...- zaczęliśmy się jeszcze głośniej śmiać.
Nagle jednak spochmurniała, wyprostowała się i westchnęła głęboko.
-Opowiem ci historie o nieszczęśliwej miłości. Najokropniejszej ze wszystkich...
-Niby czemu taka okropna?
-Bo jednostronna, nieodwzajemniona.
Spojrzała mi w oczy. Jej niebieskie tęczówki szkliły się jak kryształki, a policzki lekko się zaróżowiły. Zamknęła oczy i odetchnęła jeszcze raz.
-Kiedy go poznała, była młoda, ale bardzo cierpiała. Nikt nie pytał czego chce, trzymali ją na uwięzi, hodowali do perfekcji, której ona, nie mogła dosięgnąć. Pewnej bardzo pięknej, gwieździstej nocy, przybył do niej z nieba. Poważnie mówię. Wleciał na jej balkon jak ptak. Piękny, energiczny, lubiący biegać, ptak. Wiesz za czym tak gnał? Za swoim fezem. Wyleciał z innego czasu i wymiaru dla czapki z frędzlem. To było dziwne. Bardzo... Ona mu go zabrała i założyła na głowę.

Bella

-Jak masz na imię? -krzyczałam ze śmiechem uciekając. Mężczyzna gonił mnie, a uwierzcie, biegać to umiał szybko, choć na takiego nie wyglądał.
-Doktor! Wracaj tu!
-Nie nazywasz się Doktor. Masz inne imię, ale nie słyszę go. Czemu go nie słyszę?
 Zatrzymała się w środku lasu do którego wbiegliśmy. Mężczyzna pogłaskał mnie po głowie.
-Moje imię nie może zostać wypowiedziane. Mówi John Smith.
-Nie.
-Co?
-Wolę Matt. Bardziej ci pasuje. 
-Matt Smith? Hm... Maty Smith. Dobre. Pokazać ci coś? 
 Kiedy kiwnęłam głową, Matt wyprowadził nas z lasu i zaprowadził pod zamek.
-Ładny zamek. Taki... Duży...
Kiwnęłam głową i wprowadziłam go do środka. Kiedy zobaczył nasza służkę, wyciągnął jakieś urządzenie i machał nim wokół niej.
-Co to za rasa?
-Ludzie...
-Ale czuję zmianę DNA. Są w niej obce komórki...
 Zaśmiałam się smutno oglądając białowłosą dziewczynę. Jej niebieskie oczy lśniły błękitnym blaskiem.
-Trik rodzinny. Wytwarzany małe kryształki lodu, które umieszczamy pod skórą... -podniosłam jej włosy odkrywając małą bliznę.
-To.... To jest...
-Złe, wiem. Co chciałeś mi pokazać?
-To ci się spodoba! Chodź.
 Znów trafiliśmy do mojego pokoju, weszliśmy na balkon, gdzie stała niebieska budka. Otworzył drzwi małym kluczem i pociągnął mnie za rękę do środka. 
-Jest większa...
-W środku. Tak wiem.

  Przeżyliśmy razem wiele przygód. Matt był nieobliczalny, genialny, przebojowy, nie z tego świata... Po prostu był Doktorem.


-Widzisz Bestio, ten mężczyzna był jak gwiazdy. Można go było kochać, każdy mógł o tym wiedzieć, ale on tego nie odwzajemniał. Było wiele innych na jej miejscu, starszych niż głupiutka czternastolatka, ładniejszych i mądrzejszych, bardziej odważnych, po prostu idealniejszych. Nigdy nie zakochuje się w gwiazdach dobrze? Ja wiem, że kuszą, są piękne i idealne, ale to przynosi dużo cierpienia. Zwłaszcza śmierć. Do tego miał trzy żony i jedną  z nich była królowa Elizabeth, więc~..
-I tak wiem, że to była ty. 
 Zaśmiałam się cicho i usiadłam obok niego. 
-Tylko tyle z tego wywnioskowałeś? Serio?
-Nie. Dowiedziałem się że bardzo cierpiałaś przez rok, że bardzo go kochałaś.
-Tak masz rację... Idę coś zjeść, chcesz coś? -wstałam i pomogłem się podnieść chłopakowi.
-Coś słodkiego... -zacisnął lekko zęby i przeszedł odległość pomiędzy łóżkiem, a biurkiem. Ja wyszłam z pokoju i zeszłam jedno piętro niżej do pokoju głównego. 
-Wiesz że to nie twoja wina....
Podskoczyłam w miejscu cicho pieszcząc. Zaczęłam się rozglądać za źródłem głosu, ale nic prócz zdziwionego wzroku Cyborga nie zobaczyłam. Machnęłam lekceważąco ręką i wyjęłam z szafki czekoladowe ciasteczka, a dla siebie pierś kurczaka z lodówki. Ten głos był znajomy... Nawet bardzo... Weszłam do pokoju Bestii i pisałam mu ciastka.
 -Ty...to zjesz? -wskazał palcem na surową pierś i odchrząknął. 
-Nie martw się, już wychodzę. -poczochrałam mu włosy i poszłam do siebie. Po drodze zajadałam mięso i myślałam nad głosem.
 Siedziałam przed biurkiem i bawiłam się chrząstką w ustach. Dobrze wiedziałam, że znam ten głos. Był miękki, bardzo kobiecy, uwodzicielski... Przeniosłam wzrok ze ściany na okno. Do szyby przyczepiona była koperta, zerwałam ją i otworzyłam. W środku był telefon i karteczka.

Witaj kochanie!

 Zapewne trafiłam w czasie i jesteś teraz na Ziemi, prawda? Telefon posłuży ci do kontaktowania się ze wszystkimi we wszechświecie i czasie, każda podróżniczka musiała go mieć, by się z nim skontaktować. Zapewne jeszcze tego nie rozumiesz, ale masz w nim zapisany jego numer i Twojego ojca. Dostał drugi, podobny. W szafce w biurku masz mały prezent ode mnie złociutka. Mam nadzieje, że lubisz kolor krwi? Będzie ładnie pasować do twojej bladej cery. Zapewne pamiętasz jak działa? Oby, nawet nie waz się jej liznąć na ustach! Ehhh, nie powtarzaj tego błędu.


Szczęścia skarbie ♥
Melody
 Spojrzałam jeszcze raz na szybę i przeczytałam napis:

"Zasada pierwsza. Doktor zawsze kłamie..."
 No tak...

Raven

 -Witam....
Po tym zajściu z Bestią, wróciłam do siebie. Jednak nie sądziłam, że będę mieć gościa. Białowłosy chłopak leżał na moim łóżku i przeglądał moje księgi.
-To u was rodzinne?! Żadnego poszanowania dla własności innych! Jesteście tacy sami, a i tak diametralnie inni... Miałeś nie żyć.
-Oj zimna jak zawsze... Jestem tu właśnie z tego powodu. Ma mnie nie szukać. Oficjalnie nie żyje. A przede wszystkim dla niej.
-Czuję się zaszczycona nosząc brzemię twojego sekretu....-odwróciła się od niego i zatrzepotałam przy tym peleryną. Odłożyłam wolumin na półkę i spojrzałam krytycznie na starszego chłopaka. 
-Gdybyś gnił pod ziemią, wszystkie nasze problemy by zniknęły. A tak jeszcze muszę ją okłamywać...
-Oko za oko, ząb za ząb, czy jakoś tak nie? -rozłożył się na łóżku i zaśmiał się.
-O czym ty mówisz? Jakie oczy? Nic przede mną nie ukrywa.
 Stanęła nad nim z założonymi rękoma i pstryknięciem palcami zwaliłam go z meblu.
-Nie pamiętasz o tym, manipulowała z twoim mózgiem. Niezbyt dobre wyjście... Przez rok musiała znosić poczucie winy...
-Wynoś się stąd Christian. Nigdy nie pokazuj się nam na oczy.
 Chłopak wzruszył ramionami i wyskoczył przez otwarte okno. Przeklęty typ. Oby zginął prędzej czy później... Warknęłam i rzuciłam się na łóżko, złapałam za poduszkę i zaczęłam w nią wrzeszczeć jak nienormalna. To wszystko jest nazbyt skomplikowane. Chris powinien nie żyć od 4 lat. Sprawa z Garfield'em nie dawała mi spokoju, a wspominając sytuację w korytarzu, moje serce wariowało, w głowie miałam tylko "Matko, matko, matko..." i tak w kółko. To mnie jeszcze bardziej męczyło. Niby całowaliśmy się kilka razy, ale nic nie rozmawiamy. Zaczynam się gubić we własnych uczuciach, a możliwość utraty kontroli nie pomaga. 
-Stuku puku, dzyń dzyń dzyyyyń~! -blondynka rzuciła się na łóżko, kładąc się na mnie, a ręce oparła o moje piersi.
-Co? -Bell na początku wzięła kilka głębokich wydechów przez nos ze ściągniętymi brwiami i powtórzyła tą czynność kilka razy. Nagle jednak pokręcił głową z żałosnym uśmieszkiem i spojrzała mi w oczy.
-Pokażcie mi z Gwiazdeczką najlepsze miejsca w mieście! -pstryknęła palcami i zaśmiała się z mojej krzywej miny.
-Najlepszy rzeźnik to Samuel, ma lokal na rogu Summerastreet 23, wino znajdziesz w sklepie "Dollhouse", jest praktycznie wszędzie, tak samo jak reklamy. Ciuchy masz wszędzie, zawsze coś znajdziesz, a ty ubierasz się we wszystko, biblioteka jest mała, ale mają fajne książki, jest na skrzyżowaniu Flowerstreet 43 i Bakerstreet 21. Coś jeszcze?
 Spojrzałam na dziewczynę która warknęła i wstała ze mnie. 
-Przyniosę ci coś z biblioteki...-machnęła na mnie ręką i wyszła z mojego pokoju. Westchnęłam i ruchem ręki zgasiłam światło w pokoju i zasłoniłam rolety. Ciemność to jedyne co teraz potrzebowałam...


___________________________________________________________

Em... Przepraszam? :)

sobota, 9 kwietnia 2016

Z pamiętnika...Bella

PRZECZYTAJ!
OKEY NAPISZE TO TU BY KAŻDY PRZECZYTAŁ.
Posty "Z pamiętnika..." będą dodatkowe, lekko wpływające na fabułę, albo raczej na ich przeszłość tak jak w rozdziale 20. Każdy post będzie o kimś innym. Pisane będą na spontanie, więc określić kiedy będą się pojawiać nie mogę. Zapraszam mam nadzieję, że się spodoba.

Bella

01.01.15r.

 Nigdy nie sądziłam, że będzie brakować mi tego dźwięku. Ale to chyba nic dziwnego. W wielu zakątkach, ten dźwięk daje nadzieję. Nadzieję, którą jesteś ty. Od kiedy tylko byłam mała, przybywałeś w każde moje urodziny. To był nasz dzień. Nie mój, nasz. Dokładnie pięć lat temu, przybyłeś na ten skuty lodem wymiar, szukając swojego fezu, który zniknął w wyrwie. Miałam go wtedy na sobie, goniłeś mnie, byłeś zły. Ale świetnie się wtedy bawiłam Matt. Byłam z tobą wszędzie, spóźniałam się, a jednocześnie byłam na czas.
Minął rok od tego dnia. Dnia, w którym cię zawiodłam. Wiesz jak bardzo boję się tych pustaków, jak bardzo przy nich tracę pewność siebie. A wystarczyło nie mrugać i trzymać usta na kłódkę. To moja wina.

 Pokazałeś mi tak wiele pięknych, niezwykłych, niebezpiecznych miejsc, a ja tak ci się odwdzięczyłam. Jestem okropna prawda? Zapewne gdybyś mógł odpowiedzieć, powiedziałbyś, że jestem super jak żyrafa. Nigdy nie dowiedziałam się dlaczego je tak lubisz, ale nie przeszkadzało mi to. Lubiłam tańczyć z tobą taniec "pijanej żyrafy". A Boże Narodzenie? To miasteczko w którym mówiłeś o swojej łysinie? Ja przyznała się do podejrzenia ADHD. Albo, jak zaatakowały nas te puszki? Ja zaczęłam się śmiać, a ty wywijałeś śrubokrętem na lewo i prawo. Wiem, że byłeś wtedy zły, ale oni tak śmiesznie mówili "eksterminować". To sprawiło, że całkiem mocno dostałam. Bardzo cię za to przepraszałam. Nadal jest mi głupio. Tak strasznie się martwiłeś, mimo, że tego nie okazywałeś, wiedziałam o tym. Zawsze wiedziałam. Kiedy poprawiałeś swoją muszkę i odwracałeś się do konsoli, ja wiedziałam, że właśnie w tamtym momencie przewracasz oczami. Wtedy przytulałam się do ciebie od tyłu, by cię uspokoić. Lubiłam twoje dziwne wybuchy szczęścia, powiedzonko, czy nawet chamskie zachowanie. Ono nas ratowało z opresji. Ale nie tamtym razem. Z aniołami nie da się rozmawiać, a tym bardziej zagadać. Jedyne wyjście to nie mrugać.
 Czasem mam ochotę spowiedzieć się Ciszy. Pozbyć się tego, puścić w niepamięć, ale to są nasze wspomnienia. Ty, ja i wszystkie przygody. Wspomnienia bolą, kują w serce jak malusieńkie igiełki. Jednak wciąż do nich wracam Matt. Czy to oznacza, że jestem masochistką?

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział 20 Wspomnienia

Bella

Rzuciłam się zmęczona na biały puch i starałam się unormować oddech.
-Tylko ty możesz być zmęczona przez spanie - Polaris ułożyła się obok, a pysk położyła na moim brzuchu, więc zaczęłam ją głaskać.
-Wiem o czym myślisz... Ta torebka jest dziwna- mruknęła wilczyca.
-Na pewno nie była tłumikiem - Polaris prychnęła. Czułam jak jej gardło lekko drga. Eh... Jedyne za co mogła posłużyć to śmietnik... Miałam psa, a wabił się on Bingo!
 Szybko zrzuciłam z siebie kilku kilowy pysk wilka i zaczęłam skakać jak głupia. To było takie oczywiste, że nawet nikt o tym nie pomyślał! To na pewno robota kobiety! I to uporządkowanej, najprawdopodobniej pedantki. Nie mogła sobie pozwolić na choćby jeden błąd. Natychmiast uderzyłam się w twarz, przez co obudziłam się gwałtownie. Moje ruchy sprawiły, że tak sobie spadłam z lodowego drzewka. Wylądowałam na twarzy. Jęknęłam z bólu podnosząc się na klęczki. Dobro boli...
-Jednak bolało gdy spadłaś z drzewa - zakpiła Raven, która leżała sobie na moim łóżku, czytając mój podręcznik z historii czasu.
-Ta... Bolało jak cholera...- wdrapałam się na łóżko obok dziewczyny i zetknęłam na którym jest dziale. Gdy zobaczyłam zdjęcie uśmiechniętego, trochę starszego ode mnie mężczyznę z ciemnymi błąd włosami i czystych zielonych oczach, w których tyle razy widziałam szaleństwo, rozbawienie, szczęście i ciekawość, coś ścisnęło mi się w żołądku. Zabrałam Rachel książkę i zamykając, wepchnęłam ją do szafki. 
-Co się stało?- nie przyznałam się jej jeszcze ale... Nie mogę. Zraniłam ją, jego, wszystkich. To takie beznadziejne. Wyczyściłam jej pamięć, zostawiłam Matt'a, zawodzę rodziców. To nie ja powinnam być "tą". Christian byłby o wiele, wiele lepszym królem. Zna się na tym. Ja nie, nie chcę tego. 
 Nawet nie zauważyłam, że moje dłonie drżą, a po policzkach spływają mi zimne łzy. Czułam ciepłe ciało przyjaciółki i długie, chude ręce, które obejmowały mnie od tyłu. Kiwała się ze mną i nuciła mi kołysankę do ucha by mnie uspokoić, jednak wspomnienia wygrywały. Zalały mnie, mój umysł, sprawiając, że poczucie winny zjadało mnie jak pirania krwawiącą rybę. Przestałam słyszeć cichy, delikatny głos Raven. W mojej głowie rozniósł się jego głos. Załamany, wściekły, pełen żalu do mnie, głos Matt'a. Zamknęłam oczy, zasłoniła uszy, tylko po to by nie widzieć jego oczu, nie słyszeć jego głosu, byleby nie pamiętać o nim. 
 On odwraca się do mnie, krzyczy, kręci głową niedowierzająco, na jego ramieniu ląduje kamienna ręka. Jego oczy wywracają się w tył ukazując czystą biel. Zieleń zniknęła. A on umarł. To był już jego ostatni i prawdziwy koniec. Nie miał już więcej możliwości regeneracji. Wykorzystał już swoje 10 wcieleń. Zniknął na zawsze, a pytanie zostało bez odpowiedzi, krążąc mi po nocach w głowie, przewracając w żołądku, wywracają moje myśli do góry nogami, atakując moją podświadomość, napełniając mnie poczuciem winy. Bo to ja zadałam to pytanie. To, przez które już go nie ma. To moja wina. 
 Ręka na moim ramieniu!
Krzyknęła przerażona. Nowe łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Odskoczyłam do ściany opierając się o nią i otworzyłam oczy patrząc się w postać przede mną. To Rachel. To tylko Rachel. To nie to. Ich tu nie ma. Oni już nie są zagrożeniem. Jestem bezpieczna.
 Zjechałam plecami po ścianie w dół, przeczesując palcami włosy. Raven uklękła przede mną, ocierając mi łzy z policzków. Podniosła moją twarz, tak bym patrzyła się prosto w jej fiołkowe oczy. Nie zielone. Fiołkowe. Przyciągnęłam ją do siebie agresywnie i szlochając, schowałam twarz w zagłębieniu jej szyi. Drobne, kościste dłonie głaskały mnie po plecach uspokajająco. Mimo, że nie był to mój pierwszy taki napad paniki, to ten jest inny. Teraz ktoś jest przy mnie. Pociesza mnie, próbuje uspokoić. Widzi to. Widzi moją słabość.
Czuję miętę i truskawki. Użyła na mnie "Natychmiastowego snu"? Słyszałam jak przeprasza, a ja osuwam się na jej ramieniu. Tak bardzo potrzebuje maszyny robiącej "dzyń"....

Bestia

 -Kochanie nie baw się w laboratorium.
Łagodny głos mojej matki wypełnił pomieszczenie w którym co jakiś czas słychać było tylko odgłosy zwierząt umieszczonych w klatkach. Kiedy mama wstrzyknęła małpce Jo Jo zielony płyn, ona zaczęła mocno rzucać się w klatce i wrzeszczeć, tak głośno, że musiałem zasłonić sobie uszy. Jo Jo rzucał się po całej klatce, nie przejmując się tym, że obija sobie właśnie barki o kraty. Zwierzę uderzyli nagle tak mocno, że zamek nie wytrzymał. Śrubka upadła na ziemię, a Jo Jo wydostał się z klatki. Mama wcisnęła czerwony guzik na ścianie obok i złapała mnie za nadgarstek, jednak małpa była szybsza. Skoczyła na moją głowę, a potem na ramię i wgryzła się w nie. Mama próbowała ją zrzucić lecz ta wrzeszczała i obnażała zęby na nią. Kiedy tata wbiegł do laboratorium z bronią, strzelił w Jo Jo, który spadł z mojego ramienia na ziemię. Spojrzałem na swoją rękę gdzie miałem ślady zębów, a z kłów ściekała krew.
 Obudziłem się następnego dnia na łóżku szpitalnym w laboratorium moich rodziców. Byłem przyczepiony pasami do łóżka, a moja skóra nabierała zielonego odcienia. Szarpałem się, ale pasy nie ustępowały. Na moich nadgarstkach pojawiły się czerwone podrażnienia.
-Spokojnie kochanie...
Znów spokojny głos mamy szeptany mi do ucha. W mojej głowie odbijał się jak echo. Echo głosu kobiety, której już nie ma.
Wstałem gwałtownie z kanapy i westchnąłem ociężale. Przetarłem oczy i rzucając magazyn na drugi koniec kanapy wyszedłem szybko z pokoju głównego.
Idąc do swojego pokoju zobaczyłem jak z sypialni Belli wychodzi roztrzęsiona Raven. W jej oczach dostrzegłem łzy i szok.
-Em... Raven... Wszystko w porządku?
Dziewczyna spojrzała na mnie rozszerzonymi oczami i pociągnęła gwałtownie do siebie i wpiła się w moje usta. Położyłem dłonie na jej biodrach i przyciągnąłem ją jeszcze bliżej. Kiedy poczułem jak chce się ode mnie odsunąć, popchnąłem ją lekko w kierunku ściany i prawą rękę oparłem się o miejsce koło jej głowy. (D.A. hyhyhyhy będą seksy.)


-Mogłabyś chociaż udawać, że masz jakieś sumienie. Wyglądasz jakbyś oglądała film o odcieniach szarości...- westchnął Red X. Właśnie zabili ostatnią ofiarę z listy. Srebrnowłosa wyciągnęła z torebki łuskę i wyrzuciła ją do śmieci, a pozostałości po pocisku zatrzymała. Schowała ją do małej kieszonki przy pasku i ściągnęła maskę z nosa.
-Pieprz się.- odparła krótko podchodząc do niego z zaciekłym wyrazem twarzy. Jej spojrzenie było pewne, szczęka zaciśniętą, a cienkie szpilki roznosiły stukot po zaułku. X nie wydawał się przejmować postawą dziewczyny, maska zasłaniała mu twarz, więc nie można było widzieć jej wyrazu. Jedną ręką opierał się o ścianę, a drugą podpierał biodro. Wyglądał jakby to, że ta sama, niska dziewczyna, która przed chwilą zabiła dużo starszego mężczyznę, nie robiło na nim większego wrażenia, niż rozdeptanie robaka na ulicy. Odwracając się od niego zirytowana, zarzuciła włosami i gdyby nie wzrost chłopaka, zapewne dostałoby mu się po twarzy. Odeszła od niego zła jak osa. Prawdą było, że szybko się irytowała i nie miała cierpliwości. Była perfekcjonistką, pedantką i socjopatką. Miała dużą inteligencie, wiedziała wszystko na każdy temat, jednak relacje między ludzkie, były dla niej nieistotne. Ludzie byli dla niej jak głupie robaki, które przeszkadzają jej swoją niekompetencją. Socjopata w połączeniu z pedantyzmem i perfekcjonizmem, było mieszanką wybuchową, co nie raz miała zapłon.
 Zirytowana wspięła się na dach jakiegoś sklepu i położyła się plackiem na plecach. Odetchnęła głęboko próbując się uspokoić. Hope nie miała sumienia, od dziecka to ukazywała. Nie umiała rozróżnić, kiedy zachowała się źle, a kiedy dobrze. Jej cięty język, inteligencja i brak empatii sprawiał, że była samotna, nie miała żadnego przyjaciela, a rodzina unikała rozmów z nią, oraz jakichkolwiek styczności. Dziewczyna jednak tego nie czuła, uważała, że ludzi schodzą jej z drogi, ponieważ jest od nich inteligentniejsza, bali się tego. Bali się jej. Samotnie siedziała w pokoju na strychu, uczyła się, eksperymentowała. Pedantyzm ujawnił się u niej już wieku przedszkolnym, kiedy zbierała wszystkie zabawki dzieciom i układała je na półkach. Wszyscy się przez to z niej śmiali, była często ośmieszana, wyzywana, czasem bita. Wtedy pojawiła się antyspołeczność. Wyzywała, wdawała się w lekkie bójki. Nie zauważyła rozpadu rodziny, w wieku 12 lat ich tata rozwiódł się z mamą, która popadła w pracoholizm. Cassidy miała starszego brata, jednak nie łączyło ich nic więcej po za więzami krwi, przez co całym domem zajmowała się sama, ojciec nie utrzymywał z nią i Kevinem kontaktów, a oboje z rodziców było jedynakami. Dziadkowie ze strony mamy zginęli w wypadku, ponad 5 lat wcześniej, a tata swoich nigdy nie poznał. Ojciec zginął na wojnie, a matka przy porodzie, sam mężczyzna był wcześniakiem i ledwo co przeżył. Wychowali go dziadkowie, którzy zmarli ze starości, gdy ten miał 21 lat. Tak oto socjopatyczna pedantka się wychowywała przez 2 lata. Jednak w jej 15 urodziny, matka przyszła do domu z wieścią, że wychodzi za mąż. Nieznany jej, młody mężczyzna, wysoko postawiony, któremu spodobała się starsza matka dwójki dzieci. Niewiarygodne prawda? Otóż zaraz po ich ślubie, który zorganizowany został po niespełna miesiącu, dla Cassidy zaczęło się piekło. Brat był wpatrzony w ojczyma, który pomiatał Hope, a kiedy matka była nocą w pracy, wchodził do jej pokoju. Siadał na brzegu jej łóżka, patrzył jak śpi, jak spokojnie oddycha. Cassidy jak na swój wiek, była niska, ale ciało wyprzedzało jej wiek. Duże, ciemne oczy, jasne długie, blond włosy, które lekko zakręcały się pod końcami. Niezbyt duży biust i wysportowana sylwetka. 
 Pewnego dnia jednak posunął się za daleko. Pogłaskał ją dłonią po policzku i zsunął ją na szyję. Cassidy otworzyła gwałtownie oczy czując dotyk na swojej skórze, a widząc w ciemności twarz ojczyma, którą oświecał księżyc w pełni, krzyknęła.
-Co ty tu robisz?!- jego duża dłoń wylądowała na jej ustach zasłaniając je by była cicho. Tej nocy, jej psychika ucierpiała jeszcze bardziej.

Takie trochę wspomnienia i zagadki♥ Napisałam w dwa dni w szkole więc możne coś tam być nie tak ... Autokorekta lubi mieszać. Nie zwracajcie uwagi na interpunkcje okey?



wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 19 ,,Morderstwa"

Bestia


  Właśnie mieliśmy trening, trwał już drugą godzinę. Bylem strasznie zmęczony i ledwo co mogłem stać. Aktualnie walczyłem z Bellą. Atakowałem ją nosorożcem, słoniem, gorylem, a ona ze śmiechem podskakiwała z boku na bok, czasem tworząc ślizgawkę i jeżdżąc na niej jak na łyżwach, uciekała mi. To było wkurzające... Ja tu biegam męczę się, a ona się śmieje... Nagle zawył alarm, wszyscy przerwali walki i wbiegli do pokoju głównego. Robin szybko dobiegł do komputera i namierzył sygnał. Była to jedna z ulic głównych Jump City. Szybko zmieniłem się w pterodaktyla, Cybuś wziął auto, a Nightwing swój motor, Bella podskoczyła i przytuliła się do Rachel, która na to przewróciła oczami. Wszyscy zniknęli prędko z wierzy i po krótkiej chwili byliśmy w odpowiednim miejscu. Czerwone i niebieskie światła policyjne były widoczne już z daleka.

-Komendancie, co jest?- Nightwing zaczepił jednego z policjantów, który skrzywił się widocznie i warknął.
-Morderstwo, żadnych śladów, odcisków palców, niczego, jakby zabił go duch.- wywrócił oczami i przywołał palcem jednego ze śledczych, który robił zdjęcia i warknął patrząc szefuńciowi w oczy.-Męczcie jego.
 Młody jasnowłosy chłopak podszedł do nas z uśmiechem i przywitał się uściskiem dłoni.
-Gary Raynold, śledczy laboratoryjny. W czym mogę pomóc?- uśmiechnął się, a my również, nawet spoko koleś.
-Zdjęcia, informacje i podejrzenia. Wszystko co macie w tej sprawie.- powiedziała blondynka z uśmiechem wchodząc przed liderem, który pacnął się w czoło- Znaczy wszystkich podobnych oczywiście...-uważnie patrzyła mu w oczy z uśmiechem, on również się uśmiechnął, a Bella pociągnęła Cyborga.- Skopiuj zdjęcia.- powiedziała do niego, a cyborg* pokiwał głową i podłączył się do aparatu.
-Dobra Bell, robisz zwiad. Umiesz czytać w myślach, a do tego nie stwarzasz podejrzeń. Przeszukaj ich umysły czy nie zatajają przed nami czegoś.- blondynka przytaknęła i z rozbiegu wskoczyła na drzewo. Nie ogarniam po co, ale niech jej będzie.-Ty Bestio, wąchasz okolice, sprawdź czy nie ma jakiś podejrzanych tropów.- Zmieniłem się szybko w bloodhound'a** i zacząłem węszyć. Czosnek, pomidory, bazylia...pizzeria za rogiem, słodkie perfumy....mmmm. Bardzo ładne, nie dławiące. Zacząłem iść za pięknym zapachem, aż nosem walnąłem w jakąś przeszkodę. Spojrzałem w górę psimi oczami i zobaczyłem pochylającą się z uniesionymi brwiami Raven. Lekko skuliłem się i wycofałem. Zdziwiłem się kiedy dziewczyna tylko pokręciła głową z rozbawieniem... Dziwne... Wróciłem do tropienia, perfumy kobiet, mężczyzn, zapachy dzieci... Ugh....
-Raven! Mogłabyś wyizolować miejsce zbrodni od pozostałych? Za dużo ludzi...- krzyknąłem do dziewczyny która mocą szukała śladów lub zakłóceń. Przytaknęła i pojawiła się obok mnie, tworząc czarną kopułę.
-Może być?- spytała, siadając po turecku na ziemi. Przytaknąłem i znów zacząłem węszyć. Czułem...plastik. Proch strzelniczy i lekki aromat wanilii. Rozejrzałem się po okolicy. Jedna torebka, druga torebka, trzecia... czwarta! To ta. Pachnie wszystkimi trzema zapachami. Zacząłem szczekać, a zaalarmowana dziewczyna podeszłą do mnie. Chwyciła mocą torebkę z jedną dziurą i spojrzała na mnie z powątpieniem.
-Bestio...to tylko reklamówka, nawet dziurawa...-westchnęła i przyjrzała jej się.
-Nie zwykła. Pachnie tak jak trup. Plastikiem, wanilią i prochem strzelniczym. - fioletowowłosa podniosła do góry brwi i klękając obok mnie poklepała po głowie.
-Dobra robota.
 Spojrzałem na oddalającą się dziewczynę ze zdziwieniem i wrodziłem do normalnej postaci.
-Wow, nieźle zielony. Ładna z was parka będzie.- Bella oparła się o mnie ciągnąc za mój policzek. Warknąłem że to bzdura i odepchnąłem ją od siebie.
-Coś znalazłaś?- zmieniłem temat i zacząłem oglądać gapiów.
-Ehh... do kitu ta policja... nic nie wiedzą, oprócz tego, że w głowie jest zawsze kawałek plastiku...-mruknęła kopiąc kamyk niebieskim butem.
-To tłumaczy przestrzeloną, plastikową torebkę... Znalazłem ją, tak samo jak ciało pachniało wanilią. Nie taką w perfumach, taką prawdziwą...
-Hmm...cukiernia? Piekarnia? Nigdzie więcej się chyba wanilii nie używa w tym mieście, prawda?- blondynka wyciągnęła komunikator i połączyła się z Robinem. Omówili parę spraw i zwołał powrót. Zamknęła urządzenie i popatrzyła na wysoki wieżowiec naprzeciwko. Szturchnąłem ją w bok, przywołując na ziemie i uśmiechnąłem się.
-Podrzucić cię? Raven się zmyła.- zapytałem i zmieniłem się w pterodaktyla. Ona uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.
-Powiedz Nightwing'owi, że będę później. Muszę coś załatwić. -wskoczyła na drzewo obok ulicy i potem na jakiś mniejszy budynek, a potem coraz wyższe. Po jakimś czasie zniknęła mi z oczu.


Bella

   Wskoczyłam na odpowiedni budynek i wylądowałam przed osobnikiem płci męskiej. Czarny strój z czerwonym "X" na czole i klatce. Cofnął się lekko zaskoczony.
-O, blondi od Tytanów...- warknęłam cicho i strzeliłam palcami, przez co kości mi strzyknęły.
-Kim jesteś?- spytałam ze ściągniętymi brwiami na co on się zaśmiał.
-Urocze. Próbujesz udawać groźną?- pstryknął mnie w nos i pogłaskał po głowie.- Od kiedy Tytani przyjmują małe dziewczynki?
 Uśmiechnęłam się słodko i podcięłam go, kiedy upadł utworzyłam w rękach lodowe ostrze, które przystawiłam chłopakowi do szyi. Ostrze dotknęło delikatnie jego kostiumu, a już zostało przecięte razem ze skórą. Z rany lekko wypłynęła krew.
-Posłuchaj mnie uważnie. Blondi to ty możesz sobie w klubie zaliczyć. Ja mam imię. Drugie, nie jestem małym dzieckiem. Trzecie, urocza to jest twoja pewność siebie.- uśmiechnęłam się i odsunęłam od niego kawał lodu.
-Kim jesteś?- ponowiłam pytanie i podałam rękę chłopakowi by pomóc mu wstać. On złapał mnie za wyciągniętą dłoń i pociągnął w dół, a sam przekręcił się tak, by być nade mną. Pisnęłam lekko zaskoczona, a on zaśmiał się i położył nogę na moim mostku, powstrzymując przed wstaniem.
-Ten pisk był uroczy...-mocniej docisnął stopę, pochylając się nade mną. Zakaszlałam z braku oddechu na co on szybko mnie puścił. Szybko podniosłam się, jednak chłopak już znikał między budynkami.
Cham. Otrzepałam swoje futerko na szyi i zeskakując z budynku na budynek wróciłam do wieży. Wpisałam kod do drzwi i windą wjechałam na górę.
-Yo, Bell, co tak późno wróciłaś?- gdy tylko wyszłam z windy obok mnie pojawił się Cyborg przytulając mnie do swojego boku. Uśmiechnęłam się i zaśmiałam.
-Musiałam tylko coś sprawdzić... Nic ważnego.- Victor poczochrał mi włosy i również się zaśmiał.
-No mała zbliża się kolacja, coś specjalnego do jedzenia?- dalej trzymając mnie pod pachą poszliśmy do pokoju głównego. Usiadłam na kanapie i odchyliłam głowę do tylu. Obok mnie usiadł Bestia.
-Chcesz spróbować? -przystawił mi kawałek kotleta na widelcu do buzi z uśmiechem.Wzruszyłam ramionami i wzięłam do ust jedzenie. Było nawet dobre...
-Co to?- zabrałam mu talerz z warzywami i zaczęłam jeść. Było serio dobre.
-Tofu. Mówiłem że polubi!- krzyknął do Cyborga, który przewrócił oczami i kontynuował gotowanie.
-Ale o co chodzi? To mieszanka chińska? Dodałeś sosu chili? A próbowałeś dodać trochę młodego imbiru?- oddałam mu  jedzenie i rozejrzałam się. Gwiazdka oglądała telewizję, Bestia i Cyborg kłócili się o jedzenie, a Raven czytała książkę.
-Gdzie Nightwing?
-Chyba u siebie. Nie mógł zrozumieć sprawy i trochę...- popukał się w głowę z westchnieniem. Faktycznie, sprawa jest trochę trudna, ale żeby aż tak wariować? Wyszłam z pokoju głównego i skierowałam się do sypialni przywódcy. Zapukałam lekko do jego drzwi i westchnęłam, nic. Poczekałam jeszcze trochę i znowu zapukałam, tym razem głośniej. Drzwi rozsunęły się a w nich zastałam... przykry widok. Porozwalane papiery, na komputerze zdjęcia z miejsca zbrodni, a minęło zaledwie pół godziny...
-Richard. Co ty odwalasz? Popatrz jak to wygląda!- krzyknęłam lekko nim potrząsając. Czarnowłosy siedział przed komputerem i gapił się w monitor. Ołówkiem stukał nerwowo w kawałek kartki, na której były zapisane kilka zdań. Zajrzałam mu przez ramie.

"Wanilia"
"1,69m"
"Najprawdopodobniej kobieta"
-Skąd wiesz, że to kobieta?- zabrałam z jego biurka papiery i przejrzałam je. On na to pokazał mi trzecie zdjęcie. Zmrużyłam oczy i zrozumiałam. Odcisk obcasa z lekko ściśniętym czubem.
-Nie powiesz mi chyba, że facet może w takich chodzić?- wzruszyłam ramionami z uśmiechem. Co ja tam wiem o Ziemi... Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie ofiary. Miał dziwną pozę... Taką nienaturalną przy umieraniu...
-Prześlij mi zdjęcia innych ofiar. Chyba coś mam...  

 Chłopak podał mi laptopa i szybko przegrał mi zdjęcia na PenDrive, który mi dał.
-Co zobaczyłaś?- złapał mnie za pasek kiedy odchodziłam, na co ja się uśmiechnęłam.
-Za bardzo zwracałeś uwagi na szczegóły i nie zauważyłeś najistotniejszego, ale powiem ci o tym później. Najpierw potwierdzę to.
 Poszłam do siebie i włączyłam urządzenie, zgrałam zdjęcia i przerysowałam je na kartkę.
Minęło ponad 20 minut... Kurwa... Jestem niesamowita. Ofiarami byli mężczyźni i kobiety w podobnym wieku. Daty śmierci były równie dziwne... Najpierw zginął mężczyzna, potem kobieta, znów 
mężczyzna i kobieta. Cztery ofiary w ciągu tygodnia. Harry Osbourne, Olivia Jacky, Paul Smith, Emma Olsen. Co ich łączy? Rozciągnęłam się i osunęłam po łóżku tak, że głowa mi zwisała. Patrzyłam tak na tą kartkę i na zdjęcia, potem na kartkę i bingo! Te pozy, jeśli naniesiemy dwa ciała na siebie, będą się uzupełniać. Dlatego były takie dziwne... Nie było to naturalne stężenie pośmiertne. Ciała były układane. Harry i Olivia idealnie współgrali ze sobą, a Paul z Emmą. Coś mi się kojarzyło z tymi imionami ale... nie mam pojęcia co.

-Nie ma szans bym coś jeszcze wymyśliła... -jęknęłam i wskoczyłam na konary "drzewa". Mała drzemka nie zaszkodzi... Przeciągnęłam się i wygodnie ułożyłam. Sen szybko po mnie przyszedł.
-Za dużo o tym myślisz.- westchnęłam na ten lekko warkliwy, kobiecy głos. Usiadłam na puszystym śniegu, naprzeciw Polaris. Jej oczy wyraźnie się ze mnie śmiały.
-Ale prawie nic tu nie pasuje! Ofiary nie maja ze sobą nic wspólnego, oprócz tego, że maja podobny zakres wiekowy, ale to też nie pasuje bo Harry i Olivia maja od 20 do 30, a Paul i Emma ponad 40...- spojrzałam z irytacją w ciemne niebo na którym widać było gwiazdy.
-Imiona. Nie wydają ci się podejrzane?- warknęłam na wilka i zmrużyłam oczy. Wiem że jest z nimi coś nie tak ale co? Wilczyca napisała na śniegu łapą imiona w kolejności jaką zginęli.
Harry, Olivia, Paul, Emma. Hope? Nadzieja? Spojrzałam znów na wilczyce, która widocznie była z siebie zadowolona.
-Eh... Skąd wiesz że to nie przypadek? 

-Kochanie... słuchaj się mnie a nie zginiesz. Odczytujesz mowę ciała, czytasz w myślach, widzisz to czego nikt inny nie widzi, ale nie jesteś geniuszem. Przykro mi, ale czasem te najprostsze rozwiązania są ci obce. Doszukujesz się prawdy w najmniej oczywistych rozwiązaniach, próbujesz zadziwić, chwalisz się. Jednak zapominasz o prostocie. Dlatego mnie masz.- zaśmiała się i położyła, jej oczy były cały czas uśmiechnięte.
-Racja. Bez ciebie ani rusz... Jesteś moją uśpioną półkulą...- zaśmiałam się i zwinęłam w kłębek na zimnym, miękkim puchu.
-Pff... wypraszam sobie! To, że dzielimy umysł nie znaczy, że nie mam swojego. -zadarła wysoko pysk i odwróciła się zaczynając gnać przed siebie. Zaśmiałam się i szybko popędziłam za nią. Nadal jest szczenięciem...


Starfire

-Nightwing...- weszłam cicho do jego pokoju i stanęłam za nim. Położyłam moje dłonie na jego ramionach lekko je pocierając by się rozluźnił. -Przepracowujesz się... minęły 3 godziny, a ty tu cały czas siedzisz.
-Czy ty nie rozumiesz jakie to jest poważne?!- zerwał się z fotela i odwrócił się w moja stronę. Jego głos był szorstki, nigdy się tak do mnie nie zwracał...
-Oczywiście, że wiem! Zginęło czterech ludzi! Myślisz, że mnie to nie obchodzi?- również podniosłam głos. Patrzyłam z zaciekłością na jego twarz, która nie wyrażała żadnych emocji. Warknęłam po dłuższej chwili nieodzywania się do siebie i odwróciłam się. Nie miałam ochoty z nim już przebywać. Wyszłam z jego pokoju i zapukałam do następnych.
-Coś się stało?- zza drzwi wyszła Raven i posunęła się tak bym mogła przejść do środka.
-Pokłóciłam się z Night'em...- po wejściu uderzył we mnie ostry zapach kadzideł. Zakasłałam przez drażniący dym, który wydobywał się z dopiero co zgaszonych akcesoriów. Raven usiadła na swoim łóżku. 
-Wy nigdy się nie kłócicie... o co poszło?-poklepała miejsce obok siebie. Przysiadłam się i położyłam głowę na jej ramieniu, westchnęłam i zaczęłam jej mówić o tym co zaszło.
-Gwiazdko, musisz zrozumieć, że Night bardzo przejmuje się tą sprawą. Co nie znaczy, że on jest bez winy. Wręcz przeciwnie. Martwisz się o niego i jest to zrozumiałe, nie powinien tak wybuchać i wyżywać się na tobie. Musicie pogadać kiedy wasze emocje ochłoną i będziecie na to gotowi, dobrze?
 Raven w takich sprawach była niesamowita, mimo, że twierdziła, że nie zna się na uczuciach, myślała trzeźwo i pomagała mi bardzo często. 
-Dziękuje. Co z Bellą? Od powrotu jej nie widziałam...
-Spokojnie, jest bezpieczna- pogłaskałam mnie po głowie, a patrząc w ramkę ze zdjęciem na komodzie dodała cicho - I bardzo dobrze się bawi...




*Chodzi mi o to że nazwał go cyborgiem, tym czym jest, a nie Cyborgiem, tą ksywką. Mam nadzieje, że ktoś zrozumiał ;-;
** Pies tropiący.


Gwiazdka sprawiła mi duuuuużo trudności i chyba to widać... T.T 

Nie umiałam przelać tych emocji, więęęęc... trudno było.... Pozdrawiam i bardzo dziękuje za tak wiele miłych komentarzy Córka Demona rozwija się i jestem z tego dumna 
^^ Zapraszam również na Wattpada, na moje konto  @Bella-Neve gdzie również piszę. . Dziękuje aniołki do następnego :*